czwartek, 11 października 2018

Przynęty Strike Pro Piglet Shad


W poprzednim sezonie wielu moich znajomych z facebooka chwaliło się zdobyczami łowionymi na przynęty gumowe Pig Shad i Pig Shad Junior od Strike Pro. Z racji sporej wagi tych gum dochodzącej odpowiednio do 90 i 50g nie są raczej przeznaczone do klasycznego kija spinningowego z napisem "Pike" i cw 10-30g.
DSC_0096.JPG
W tym roku Strike Pro wypuściło na rynek ich mniejsza wersję, 10 centymetrową Piglet Shad. Takie rozmiary pozwalały na użycie jej na „klasycznym’ kiju szczupakowym więc postanowiłem spróbować.
DSC_0063.JPG
Na pierwszej wyprawie szczupakowej Piglet pokazała swoją moc.
Nad Wisłą byłem koło południa bo w takich godzinach zazwyczaj poluję na jesienne szczupaki. Na miejscu spotkałem wędkarza, który machał kijem od rana z wynikiem zerowym.
Na przyponie zawiesiłem gumę Piglet Shad i posłałem do wody.
DSC_0082.JPG
Najpierw blisko brzegu żeby zobaczyć jak pracuje. Jak kołysze się w toni agresywnie kręcąc ogonkiem. Po kilku rzutach pierwsze mocne uderzenie. Zaciąłem a nad wodę świecą wyskoczył szczupak 60 cm. Krótki hol, wyhaczenie i zamiatając wodę ogonem wrócił na stanowisko. Po kilku kolejnych rzutach znów branie i tym razem 55cm szczupak ląduje na brzegu. Widziałem, że wędkarz łowiący obok już zainteresował się przynętą. Po chwili bezproduktywnego biczowania wody kolejne branie. Hamulec pięknie zagrał, wędka kilka razy mocno ukłoniła się wodzie i poczułem luz, ryba się spięła. Nie zdążyłem nawet zakląć jak sąsiad zjawił się z pytaniem: „to wszystko na jedną przynętę?” Po krótkich oględzinach przynęt i wymianie zdań wróciłem do łowienia. Tego dnia złowiłem jeszcze jednego 60taka i miałem jedną spinkę.
DSC_0088.JPG
Tydzień później w tym samym miejscu pojawiłem się z zapasem większych przynęt z dozbrojkami i nadzieją, że te dozbrojki zapobiegną spinaniu się ryb. Dziesiątki rzutów na pusto. Stwierdziłem, że szczupaki musiały się przenieść w inne miejsce. Argumentami do tej teorii był brak brań i brak drobnicy na powierzchni, która tydzień wcześniej co chwilę pokazywała swoją obecność. Przypomniałem sobie, że w pudełku mam jeszcze mojego Pigleta. Po ostatniej wyprawie był mocno pokiereszowany ale jeszcze trzymał się główki.
DSC_0092 (2).JPG
Kilka rzutów i szczupak ponad 60 cm trafia do podbieraka. Ryby wróciły czy zasługa przynęty? Po wyhaczeniu ryby zauważyłem że mój Piglet rozorany jest wzdłuż i wszerz, wisiał ledwo „ na włosku” i już nie nadawał się do łowienia. Wróciłem do przynęt z dozbrojkami. Dziesiątki rzutów na pusto i chwila podłamania. Spuściłem głowę i zobaczyłem na pudełku tego poharatanego pigleta. Wyjąłem nóż uciąłem go w połowie do miejsca gdzie jeszcze trzymał się kupy. Założyłem na hak już praktycznie sam ogon i rzuciłem do wody. Kilka ruchów korbą i branie. Kolejny szczupły z serii 60 w podbieraku. Choć określenie szczupły nie pasowało do tych szczupaków, bo wypełnione ikrą aż nabierają krągłych kształtów.
DSC_0090 (2).JPG
Te dwa dni pokazały mi, że warto zaopatrzyć się w co najmniej kilka opakowań tych przynęt. Wraz z główkami Titanium na hakach 3/0 są świetnym szczupakowym duetem. Nawet okonie agresywnie atakują na tę 10cm gumę. Jeżeli czas da i pogoda pozwoli spróbuję przetestować Piglet Shad na sandaczach.

poniedziałek, 8 października 2018

Improwizacja i leszcze z Bugu


Standardowy plan piątkowy wygląda tak: Wychodzę z pracy, siadam w auto i Wisłostradą jadę do Centrum Wędkarstwa na zakupy. Później już prosto nad Bug w poszukiwaniu wędkarskich przygód. Lecz poprzedniego piątku wszystko się posypało. Tunel na Wisłostradzie zamknięty. Korek długości nieskończonej. Musiałem uciekać w drugą stronę. Nie znalazłem po drodze sklepu wędkarskiego i zostałem na weekend bez przynęty, która na Bugu robi dobrą robotę – białych robaków.
DSC_0163.JPG
Ale nie poddałem się. Wróciłem myślami do czasów dzieciństwa kiedy nad wodę biegłem z samymi wędkami a przynętę znajdowałem na miejscu, Zazwyczaj rosówki, pijawki, ślimaki ale też wszelkie inne robactwo włącznie z konikami polnymi. Postanowiłem wstać w sobotę rano pojechać nad wodę i znaleźć sobie przynętę.
DSC_0112.JPG
Nad Bugiem byłem o wschodzie słońca. Kilku wędkarzy już było na stanowiskach a jeden miał już na swoim koncie leszcza. Szybko wypakowałem saperkę i zacząłem grzebać w poszukiwaniu robaków. Niestety wszechobecna susza i piaszczysta gleba nie wróżyły nic dobrego. Po przekopaniu hektara pastwiska stanąłem z nietęgą miną. Zrezygnowany rozejrzałem się dookoła i zauważyłem coś co tchnęło okruszek nadziei. Krowi placek. Jako dzieciak miałem z nimi styczność i pamiętam, że lubiły w nich siedzieć rozmaite robaki. Podważyłem saperką pierwszy suchy kawałek i to był strzał w dziesiątkę. Tłuściutkie pędraczki długości 1-1,5cm dojrzewały skulone na ziemi. W mgnieniu oka nazbierałem kilkanaście sztuk.
DSC_0114.JPG
Rozpakowałem wędki, na haki założyłem po 4 dorodne sztuki i posłałem do wody blisko brzegu. Rozsiadłem się na krześle wyjąłem aparat by o poranku cyknąć parę fotek i kontem oka zobaczyłem, że szczytówka MVDE Method Feedera zaczyna znacznie się uginać. Zaciąłem i szybko wyholowałem pierwszą sztukę. Leszcz 49 cm w podbieraku. Po chwili zjawia się jeden z sąsiadów wysłany przez resztę na zwiad. Na pytanie na co łowię usłyszał prawdę "robaki z krowiego placka" to była krótka rozmowa bo po mojej odpowiedzi szybko odmaszerował mamrocząc pod nosem.
Ja zarzuciłem wędkę i znów przysiadłem na krzesełku. Jeszcze się siedzisko nie zagrzało a tu branie na pickerze. Kolejna ryba na koncie tym razem tylko 40cm leszcz. Szybko schodziły mi moje pędraczki więc poszedłem rozgrzebać jeszcze kilka placków. Nie pod wszystkimi były pędraki ale nazbierałem ich spora ilość. Do tego zauważyłem pod nogami całe ziarno kukurydzy a to kolejna świetna przynęta.
DSC_0165.JPG
Po dwóch godzinach łowienia miałem na koncie kilka sztuk w przedziale 35-40cm i jednego 49. Koledzy obok mieli jednego leszcza i kilka krąpi. Po krótkiej przerwie w braniach kolejne silne ugięcie szczytówki na pickerze. Zacięcie i tym razem do podbieraka trafia leszcz 52 cm. Chwilę później kolejny wysłannik przychodzi przeprowadzić wywiad z pytaniem na co łowię. Ja uparcie swoje, że na robaki z krowiego placka. Ale tym razem poderwałem się z krzesła z pudełkiem żeby pokazać, na co łowię aby nie denerwować wędkarzy tubylców. Uśmiał się człowiek i poszedł z opowieścią do reszty. Chwilę później zaczęło mocno padać i dało mi znak do odwrotu.
DSC_0817.JPG
Wyprawę zaliczyłem do bardzo udanych. Nie była może najbardziej obfita w ryby ale znów poczułem się jak dziecko łowiąc na przynęty znalezione nad wodą. Trochę w tym pośpiechu życiowym i dążeniu do wygody zapomniałem, że łowienie ryb nie musi się kończyć wraz z zamkniętym sklepem z przynętami.

środa, 1 sierpnia 2018

Złe dobrego początki – łowienie między deszczem a ulewą.


W czwartek dowiedziałem się, że moje plany weekendowe nie wypalą. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zadzwoniłem do brata i umówiliśmy się na nocną wyprawę na ryby.
Prognozy pogody nie zachęcały ale przecież to lipiec i nie może być źle zwłaszcza, że do południa w sobotę było znośnie.
DSC_0544.JPG
Na miejscu okazało się, że jednak może być źle.
Nad Wisłą byliśmy około godziny 17. Postawiliśmy samochód przed wałem i poszliśmy za wał zobaczyć czy nasze miejsce jest wolne. Zawsze ten moment sprawdzania czy miejsce jest wolne budzi we mnie niepokój. Tym razem okazało się, że mamy szczęście i łowisko jest puste. Wzięliśmy część rzeczy i zanieśliśmy na miejsce aby je zająć. Później objechałem wał aby dojechać jak najbliżej wody by w razie ulewy schować się w samochodzie. Wszystko szło zgodnie z planem. Na wypadek deszczu wzięliśmy nawet plandekę, która miała nas i nasz sprzęt chronić przed zmoknięciem. W trakcie stawiania dachu zerwał się mocny wiatr. Był tak silny, że z ledwością we dwóch mogliśmy utrzymać rozpostartą plandekę. W momencie kiedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dach się nie utrzyma porwało mi czapkę i wrzuciło do Wisły. Na szczęście udało się ją wyłowić. To że była cała mokra nie miało znaczenia w kontekście późniejszych wydarzeń. Chwilę później zaczęło padać. Nasze rzeczy rozłożone po okolicy a tu deszcz. Szybko złożyliśmy wszystko w jedno miejsce przykryliśmy i obłożyliśmy kamieniami aby nic nie odfrunęło sami mokrzy uciekliśmy do samochodu.
DSC_0547.JPG
Po pół godziny nudzenia się w aucie, deszcz zelżał i mogliśmy wrócić na łowisko. Tym razem udało nam się zmontować zestawy, zanęcić łowisko i zarzucić wędki. Teraz tylko oczekiwać na pierwsze branie. Brania się nie doczekaliśmy a znów zaczęło lać. Kolejna przebieżka do samochodu. Kolejne 20 min w samochodzie. Gdy tylko zaczęło się przejaśniać znów pełni nadziei zaczęliśmy łowić. Nawet udało nam się złowić parę drobnych krąpi i kleni. Zanim rozkręciliśmy się na dobre znów zaczęło padać. Po kolejnym pobycie w samochodzie stwierdziłem, że pora się posilić. Odkryłem plandekę i sięgnąłem po reklamówkę z jedzeniem. W momencie kiedy jej dotknąłem z reklamówki zaczęły uciekać myszy. Pierwszy wyjąłem chleb, był cały pogryziony, kiełbasa cała w mysich odchodach. Jedynie dwa batony zostały nienaruszone – cały nasz prowiant na nockę i pół kolejnego dnia. Jeszcze nie zdążyłem przetrawić tej sytuacji z myszami jak znów zaczęło padać. Straciłem nadzieję, już byłem gotowy wracać ale brat ciągle powtarzał, że jutro będzie lepiej. Dałem się namówić i przemoczeni poszliśmy spać.
DSC_0542.JPG
O 3 zaczynała się rozwidniać. Spanie w samochodzie nie należy do najprzyjemniejszych i marzyłem o wyprostowaniu nóg. Ale najpierw musiałem się ubrać w mokre ubrania. Zarzuciliśmy wędki i mimo ciągle panujących ciemności zauważyłem pierwsze branie Po chwili pierwszy leszcz zameldował się na brzegu. Jeszcze nie zdążyłem pochwalić się bratu jak zauważyłem, że On również podbiera leszcza. Nie były to wielkie sztuki ale cieszyły. Od czwartej do 7 nie padało wcale. Leszcze brały coraz częściej w tym takie powyżej 50 cm. Już prawie zapomniałem o wczorajszym pechowym dniu. Nawet o głodzie zapomniałem. Niestety szczęście nie trwało długo. Powrócił deszcz i trwał do godziny 11. Stwierdziłem że pora się zmywać ale brat nalegał na to żebym jeszcze wytrzymał 15min. Przemoczony do suchej nitki, zmarznięty, głodny i niewyspany skoczyłem jak tygrys gdy wędka po raz kolejny się nagięła. Kolejny leszcz tym razem 58cm ląduje w podbieraku.

Do domu wróciłem zmarnowany jak nigdy ale jednak szczęśliwy. Już na początku sierpnia wyprawa kilkudniowa i jedno wiem na pewno nie może być gorzej niż w poprzedni weekend.




środa, 6 czerwca 2018

Wiślane leszcze

Wiślany lesz

Leszcz to ryba pełna sprzeczności. Z jednej strony sztuki do 40 cm poddają się praktycznie bez walki co nie przynosi im miana sportowych ryb. Z drugiej strony sztuki powyżej 50cm potrafią już dać popalić. Wystarczy, że taka łopata stanie w poprzek nurtu i sam nurt robi robotę. Z jednej strony ma ościste mięso ale z drugiej podobno bardzo smaczne. To sprawia, że przez jednych jest łowiony chętnie, a inni trochę nim pogardzają. Jednak każdy kto nauczy się łowić ładne leszcze na pewno im nie odpuści.
Przez wiele sezonów rzeczny leszcz, zwłaszcza ten duży był dla mnie tylko przyłowem. Jego przyzwyczajenia, trasy i menu długo pozostawały dla mnie tajemnicą. W poprzednim sezonie razem z bratem znaleźliśmy miejsce, które pozwoliło nam wiele zrozumieć. W tym sezonie zaczęło się już poważne łowienie. Padło wiele sztuk powyżej 55cm. Pokrótce chciałbym opisać jak łowię leszcze.





Miejsce,
Wybieram miejsce gdzie w pobliżu głębokiego dołka za zwolnienia nurtu z płytszymi partiami wody. Bardzo dobrym miejscem są napływy główek oraz woda tuż za nimi. Świetne są okna, czy klatki z przerwanymi fragmentami. Zwłaszcza wiosną są pełne leszczy. Leszcz po tarle na płytkich klatkach odpoczywa w głębszej wodzie ale w pobliżu wypłyceń, na które wychodzi na żer. Najważniejsze to znaleźć trasę, którą łopaty wychodzą na pastwisko. Te wskazówki dotyczą łowienia wiosną i wczesnym latem. W pełni lata i początkiem jesieni leszcz zmienia swoje stanowiska i przenosi się na otwartą wodę ale to już temat na inny wpis.




Pora łowienia
To w dużej mierze zależy od wody i pogody ale u mnie najlepszym okresem połowu leszczy jest czas po zachodzie słońca i wczesny ranek. I nie mam tu na myśli godziny 5 czy 6 a raczej 3. Oczywiście zdarza się, że biorą w innych godzinach ale nie są to już tak intensywne brania. Wczesne godziny brań kiedy słońce jeszcze nie wschodzi są powodem, że wielu wędkarzy nie może złowić leszcza nawet jeśli łowią w dobrym miejscu. Po prostu nad wodę przybywają zbyt późno.

Nęcenie
Bardzo istotne jest odpowiednie nęcenie. Bez nęcenia stado leszczy przepłynie przez nasze zestawy. Weźmie jeden czy dwa i po łowieniu. Jeśli odpowiednio zanęcimy leszcz zostanie na dłużej w łowisku i jest szansa na kilka ładnych sztuk. Do nęcenia używam zanęty MVDE Gold Pro Bream Classic w połączeniu 1:1 z River Ace, która równocześnie robi za klej. Do tego kukurydza z puszki. Duża ilość kukurydzy. Wszystko to zalewam atraktorem Robinson Corn







MVDE Gold-Pro Bream Classic

Przynęta
Tu nie ma wielkiej filozofii. Wystarczą zwykłe białe robaki po kilka na haku. Świetne są też kukurydza i kulki Carpex Mini Boilies Sweet Corn.



Carpex Mini Boilies

Sprzęt jakim łowię
Zestaw 1
Robinson Stinger Picker 300cm c/w 0-30g
Kołowrotek Robinson Dakota
Żyłka VDE- Robinson Team Pro Feeder  0,2
Koszyczek Robinson ECO 25g
Haczyk Robinson Titanium Kaizu 235 BN nr 8

Zestaw 2
Robinson Red Star Picker 300cm c/w up 35g
Kołowrotek FD Acustik Feeder
Żyłka VDE- Robinson Team Pro Feeder  0,2
Koszyczek Robinson ECO 25g
Haczyk Robinson Titanium Tango 130G nr 10

Do łowienia leszczy nie potrzeba wyszukanego sprzętu. Tam gdzie ja łowię najistotniejszy jest przypon. W spowolnieniach nurtu często zbierają się szczeżuje dlatego nie stosuje przyponów z żyłki, które potrafią się przetrzeć. Raczej stosuje plecionkę lub fluorocarbon.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Na starorzecza z popperem

Okoń na poppera
W swojej okolicy mam kilka łowisk, które już na początku czerwca potrafią zamienić się w podwodne łąki. Rosnąca roślinność jak i rozwijające się glony potrafią skutecznie zniechęcić do wędkowania. Rośliny nie tylko zaburzają lub całkowicie niwelują pracę przynęty, często tak mocno trzymają się dna, że wyrwanie z nich przynęty staje się niemożliwe i zostajemy bez kolejnego wabika.
Na początek przygody z woblerami powierzchniowymi wybrałem dwa modele Robinson Pop Star oraz StrikePro Gobi Popper. 
Gobi popper
Strike Pro popper
 6,5 centymetrowe woblery z grzechotkami o wadze około 9g. Już w pierwszych rzutach zadziwiło mnie jak wielki mają zasięg. W locie ładnie się układały, nie „fajtały” na boki i gładko leciały w upatrzone miejsce. Każdy kto łowił w pobliżu roślin czy innych przeszkód wie jak ważne jest precyzyjne podanie przynęty, a stabilne w locie poppery taką precyzję zapewniają. Co więcej zasięg okazał się bardzo istotny przy połowach boleni ze stojącej wody.
Robinson Pop Star
Robinson Pop Star

Pierwszy raz poppery zabrałem nad małe starorzecze porośnięte grążelem. Podniesiony stan wody sprawił, że liście trochę się rozeszły po powierzchni a powstałe między nimi przerwy były idealnym miejscem do prowadzenia i testowania poppera. Już po kilku rzutach nastąpiło pierwsze widowiskowe branie. Jakie emocje budzi szczupak prujący taflę wody pędzący w kierunku przynęty wiedzą tylko Ci, którzy tego doświadczyli. Niestety z nadmiaru emocji zaciąłem jeszcze przed uderzeniem w woblera. Od tej pory byłem bardziej opanowany w reakcjach. Mimo iż wyjścia szczupaków spod liści w kierunku przynęty były bardzo agresywne wytrzymywałem aż do momentu kiedy wobler znikał w ich paszczy. Już na pierwszej wyprawie z powierzchniowym woblerem udało się złowić kilka szczupaków. Ryby choć niewielkie to podnosiły adrenalinę powodując rozbryzgi na tafli wody.

Szczupak na poppera
Szczupak na poppera

Kolejne wyprawy to kolejne sztuki. Szczupaki były coraz większe, nie rzadko trafiały się powyżej wymiaru. Do szczupaków dołączyły okonie. Choć ich brania nie powodowały tyle hałasu to wynagradzały to swoim rozmiarem. Myślałem, że to jedyne gatunki, które mogę skusić popperem na stojącej wodzie. Szybko okazało się, że się myliłem. Na starorzeczu Bugu które wciąż połączone jest z korytem agresywnie żerowały bolenie. Nie skutkowały wahadła ani woblery typowo boleniowe. Zrezygnowany przypomniałem sobie o popperach, które były ostatnią deską ratunku i jak się okazało skuteczną. Srebrny popper Gobi poszarpywany skutecznie musiał imitować „trąconą” uklejkę. Tak złowiłem swoje pierwsze bolki ze stojącej wody.



Zarówno Gobi jak i Pop Star kuszą ryby rozbryzgami wody na powierzchni jak i powstającymi przy tym bąbelkami i dźwiękami grzechotek. Rozbryzgi na powierzchni to po części rola wędkarza, który przy połowie tymi przynętami ma bardzo duże pole do popisu. Nie jest to bezmyślne zwijanie korbą a energiczne ruchy szczytówką z różną częstotliwością i siłą a przy tym przystanki w prowadzeniu.
Jako, że łowię tylko z brzegu stosuję solidny sprzęt. Nawet przy połowie okoni nie stosuję cienkich żyłek a solidne plecionki powyżej 0,10. Przy łowieniu w pobliżu gęstej roślinności nie ma czasu na wymęczanie ryby. Trzeba pewnym holem szybko wyciągnąć ją na czystą wodę.

Każdemu kto nie próbował łowienia na poppery szczerze to polecam. Emocje gwarantowane.

środa, 29 listopada 2017

Chlebak Dromader

Na zawsze minęły czasy kiedy na wyprawę spinningową szedłem z jedną czy dwiema przynętami. Ryby robią się coraz bardziej wybredne, łowiska nie kipią od ilości drapieżników więc trzeba szukać nowych rozwiązań i wzorów, od których ryby nie mają jeszcze pokaleczonych pysków. W dodatku producenci tworzą coraz to „lepsze” i ładniej imitujące naturalny pokarm przynęty. Skoro budżet na to pozwala to pudełka zapełniają się nowymi nabytkami.
Torba wygodna i dopasowana

Doszło do tego, że nie mieszczę już swoich przynęt w pasie spinningowym czy kamizelce. Potrzebowałem czegoś bardziej pojemnego. Wielu wędkarzy nad wodą korzysta z toreb na ramię zwanych chlebakami. Popytałem kilku spotkanych o to jak im się używa tych toreb. Większość opinii było pozytywnych, właściciele ogólnie byli zadowoleni. W połowie lata sam stałem się szczęśliwym posiadaczem chlebaka Dromader. Nie bez znaczenia była pora roku. Już w zeszłym sezonie na jesieni brakowało mi miejsca na niektóre przedmioty. W raz ze spadkiem temperatury na łowisku pzydatne były rękawiczki, czapka czy coś ciepłego do picia. W pasie spinningowym ciężko to upchać a w torbie spokojnie się mieści.

Pojemność chlebaka

Jak można przeczytać na stronie producenta torba zrobiona jest z bardzo mocnej i niegniotącej się tkaniny z włókna poliestrowego. Ma to zapewnić bezpieczeństwo temu co do niej włożymy. Materiał ma chronić przed urazami fizycznymi a dzięki mniejszej nasiąkliwości również przed wilgocią. Dodatkowo ścianki torby wypełnione są miękką gąbką co również zabezpiecza przed uszkodzeniami. Spinningując na rzekach często trzeba przedzierać się przez krzaki i zarośla. Po trzech miesiącach intensywnego używania na torbie nie ma uszkodzeń ani śladów, które mogłyby zostawić gałęzie czy kolczaste rośliny.



Torba zamykana jest na dwa solidne zatrzaski. Początkowo obawiałem się, że to nie będzie wystarczające zabezpieczenie i coś może z torby się wysunąć. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, zatrzaski w zupełności wystarczą. A mają dodatkową zaletę. Łatwo je zapiąć i odpiąć jedną ręką co nie zawsze się udaje przy suwaku. Dzięki temu jest szybki i swobodny dostęp do zawartości.
Wewnątrz są dwie komory. Jedna jest większa w niej trzymam pudełka z przynętami  i większych gabarytów akcesoria. W drugiej mniejszej przegrodzie trzymana drobne akcesoria jak, przypony, główki, szczypce, miarkę i wiele innych. Od wewnętrznej strony jest kieszeń zamykana na zamek. W tej kieszeni noszę dokumenty, telefon czy kluczyki do samochodu.


Torba ma solidny pasek, którego długość można regulować. Jest to bardzo przydatna możliwość zwłaszcza jeśli ktoś zamierza brodzić w wodzie. Wtedy trzeba go skrócić aby nie zanurzyć torby w wodzie. Na pasku jest gumowy naramiennik dzięki czemu nie wżyna się w ciało i nawet dociążona torba nie powoduje dyskomfortu.



Przy dobrze wyregulowanym pasku zawartość jest łatwo dostępna a torba w ogóle nie przeszkadza w łowieniu. Podczas chodzenia przynęty w pudełku nie grzechoczą co zdarzało się w pasie wędkarskim i miałem wtedy wrażenie, że ryby już dawno wiedziały o tym, że nadciągam.
Jestem bardzo zadowolony z tej torby i jedyne czego żałuję to to, że dopiero od kilku miesięcy ją mam.


czwartek, 28 września 2017

Polsping - mors

Dzień zaczął się jak zwykle. Wczesnym rankiem wychodzę na schody przed mieszkaniem. Siadam na zimnym cemencie i zakładam schodzone mocno już trampki. Chłonę przy tym pierwsze promienie słońca i poranne śpiewy ptactwa. Sennym wzrokiem spoglądam przed siebie, na drogę wiodącą wzdłuż pobliskiego starorzecza... A to co? Sąsiad z wędką w ręku pędzi rowerem, polną dróżką, niczym rycerz z kopią. Trzeba to sprawdzić
Bez namysłu popędziłem za nim. Kiedy go dogoniłem rozkładał już sprzęt nad wodą. Spojrzałem na koniec zestawu. Coś mi nie pasowało. Do tej pory zaznajomiony byłem tylko z metodami spławikową i gruntową. A tu jakieś świecidełko na końcu zestawu. Pofalowana blacha. No i poleciała seria pytań a co to? A po co? A jak? Sąsiad cierpliwie tłumaczył jednocześnie demonstrując. Rzucasz i powoli ściągasz kołowrotkiem. Szczupak myśli, że to mała ryba i atakuje, Zacinasz i masz rybę. Uznałem to za żart. Przecież szczupaki nie jedzą metalu i się na to nie nabiorą. Po co miały by to atakować? – spytałem. Nie doczekałem odpowiedzi bo rozmowę przerwał głośny plusk. Pierwszy szczupak już zbliżał się do brzegu.



W tym momencie zapragnąłem zostać spinningistą. Podpytałem o zestaw. Dowiedziałem się, że wszystko można kupić na bazarku. Łącznie z przynętą z tym, że takiej jak on ma nie dostanę bo tą sam klepał z wieczek puszek po konserwach. Minęło kilka dni i byłem już szczęśliwym posiadaczem zestawu spinningowego z blachą firmy Polsping - Mors 2. Pobiegłem nad wodę wykonałem dziesiątki rzutów i nic. Kolejne dni również bez efektu. Zrezygnowałem ze spinningu.



Minęły 3 lata. Lata doświadczeń w spławiku i lata książkowej teorii na temat spinningu. Wygrzebałem z szafy swój zestaw spinningowy z lekko przyrdzewiałą blachą. Zabrałem nad wodę i znów wykonywałem dziesiątki rzutów. Na pierwszą zdobycz musiałem czekać kilka dni ale było warto. Szczupak i to od razu wymiarowy. Od tamtego czasu nie porzuciłem już spinningu ani mojej starej przynęty.
Dziś rynek przynęt spinningowych pęka w szwach. Mamy gumy, woblery, blachy, cykady, obrotówki i wiele innych. A wszystkie coraz bardziej przypominają żywą rybę.
Są zbiorniki gdzie drapieżniki są już „najedzone” gumami i na gumę ciężko skusić rybę. Wahadłówka co innego. Zapomniana już przez wędkarzy przynęta naszych dziadków nie znudziła się rybom i wciąż jest łowna.

Nadeszła wiosna.
Maj to dla wielu miesiąc szczupaka i bolenia. Dla mnie również. Zakładam wtedy na koniec linki moją sprawdzoną przynętę. Mors 2. Jest równie skuteczny na szczupaki co bolenie. Także zmieniając swój cel nie muszę zmieniać przynęty.
Oprócz tego, że umiejętnie prowadzona wahadłówka potrafi skutecznie sprowokować do brania różne drapieżniki ma inne zalety.
Trwałość. Nie tak jak guma, która potrafi zostać poszarpana po pierwszym ataku zębacza. Nie tak jak wobler który potrafi stracić ster czy zostać podziurawiony. Jest praktycznie niezniszczalna. Nawet po wielu latach w pudełku po wymianie kotwiczki nadal jest jak nowa. A niewielkie naloty rdzy nie wpływają negatywnie na brania.



Waga a co za tym idzie odległość na jaką można ją podać. Duża waga przy małej powierzchni sprawiają że możemy posłać ją na dziesiątki metrów co przy połowie boleni może mieć wielkie znaczenie.
Cena. Skuteczna przynęta za kilka zł. Czego chcieć więcej.
To nie wszystkie zalety wahadłówek. Dla mnie jedną z ważniejszych jest sposób w jakie atakują je bolenie. Kiedy upatrzę już jakąś żerującą rapę, w miejsce najczęstszych ataków, posyłam Morsa. Wahadłówka czasem robi tak zwaną „kaczkę” odbija się od tafli wody i spada metr czy dwa dalej. Jeśli boleń jest w pobliżu to mamy ciekawe widowisko. Zazwyczaj najpierw uderza w wahadłówkę kiedy ta pierwszy raz styka się z wodą. Jeśli nie się nie zapnie poprawia za chwilę kiedy wahadłówka znów dotyka wody. To są naprawdę widowiskowe brania, które ciężko zaobserwować łowiąc np woblerami.
Równie widowiskowa jest zabawa z Morsem 1 na przelewach. Wiosenne klenie również potrafią dostarczyć wielu emocji.


W późniejszych miesiącach Morsy wleczone przy dnie mogą obdarować nas ładnymi sandaczami czy sumami.