środa, 1 sierpnia 2018

Złe dobrego początki – łowienie między deszczem a ulewą.


W czwartek dowiedziałem się, że moje plany weekendowe nie wypalą. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zadzwoniłem do brata i umówiliśmy się na nocną wyprawę na ryby.
Prognozy pogody nie zachęcały ale przecież to lipiec i nie może być źle zwłaszcza, że do południa w sobotę było znośnie.
DSC_0544.JPG
Na miejscu okazało się, że jednak może być źle.
Nad Wisłą byliśmy około godziny 17. Postawiliśmy samochód przed wałem i poszliśmy za wał zobaczyć czy nasze miejsce jest wolne. Zawsze ten moment sprawdzania czy miejsce jest wolne budzi we mnie niepokój. Tym razem okazało się, że mamy szczęście i łowisko jest puste. Wzięliśmy część rzeczy i zanieśliśmy na miejsce aby je zająć. Później objechałem wał aby dojechać jak najbliżej wody by w razie ulewy schować się w samochodzie. Wszystko szło zgodnie z planem. Na wypadek deszczu wzięliśmy nawet plandekę, która miała nas i nasz sprzęt chronić przed zmoknięciem. W trakcie stawiania dachu zerwał się mocny wiatr. Był tak silny, że z ledwością we dwóch mogliśmy utrzymać rozpostartą plandekę. W momencie kiedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dach się nie utrzyma porwało mi czapkę i wrzuciło do Wisły. Na szczęście udało się ją wyłowić. To że była cała mokra nie miało znaczenia w kontekście późniejszych wydarzeń. Chwilę później zaczęło padać. Nasze rzeczy rozłożone po okolicy a tu deszcz. Szybko złożyliśmy wszystko w jedno miejsce przykryliśmy i obłożyliśmy kamieniami aby nic nie odfrunęło sami mokrzy uciekliśmy do samochodu.
DSC_0547.JPG
Po pół godziny nudzenia się w aucie, deszcz zelżał i mogliśmy wrócić na łowisko. Tym razem udało nam się zmontować zestawy, zanęcić łowisko i zarzucić wędki. Teraz tylko oczekiwać na pierwsze branie. Brania się nie doczekaliśmy a znów zaczęło lać. Kolejna przebieżka do samochodu. Kolejne 20 min w samochodzie. Gdy tylko zaczęło się przejaśniać znów pełni nadziei zaczęliśmy łowić. Nawet udało nam się złowić parę drobnych krąpi i kleni. Zanim rozkręciliśmy się na dobre znów zaczęło padać. Po kolejnym pobycie w samochodzie stwierdziłem, że pora się posilić. Odkryłem plandekę i sięgnąłem po reklamówkę z jedzeniem. W momencie kiedy jej dotknąłem z reklamówki zaczęły uciekać myszy. Pierwszy wyjąłem chleb, był cały pogryziony, kiełbasa cała w mysich odchodach. Jedynie dwa batony zostały nienaruszone – cały nasz prowiant na nockę i pół kolejnego dnia. Jeszcze nie zdążyłem przetrawić tej sytuacji z myszami jak znów zaczęło padać. Straciłem nadzieję, już byłem gotowy wracać ale brat ciągle powtarzał, że jutro będzie lepiej. Dałem się namówić i przemoczeni poszliśmy spać.
DSC_0542.JPG
O 3 zaczynała się rozwidniać. Spanie w samochodzie nie należy do najprzyjemniejszych i marzyłem o wyprostowaniu nóg. Ale najpierw musiałem się ubrać w mokre ubrania. Zarzuciliśmy wędki i mimo ciągle panujących ciemności zauważyłem pierwsze branie Po chwili pierwszy leszcz zameldował się na brzegu. Jeszcze nie zdążyłem pochwalić się bratu jak zauważyłem, że On również podbiera leszcza. Nie były to wielkie sztuki ale cieszyły. Od czwartej do 7 nie padało wcale. Leszcze brały coraz częściej w tym takie powyżej 50 cm. Już prawie zapomniałem o wczorajszym pechowym dniu. Nawet o głodzie zapomniałem. Niestety szczęście nie trwało długo. Powrócił deszcz i trwał do godziny 11. Stwierdziłem że pora się zmywać ale brat nalegał na to żebym jeszcze wytrzymał 15min. Przemoczony do suchej nitki, zmarznięty, głodny i niewyspany skoczyłem jak tygrys gdy wędka po raz kolejny się nagięła. Kolejny leszcz tym razem 58cm ląduje w podbieraku.

Do domu wróciłem zmarnowany jak nigdy ale jednak szczęśliwy. Już na początku sierpnia wyprawa kilkudniowa i jedno wiem na pewno nie może być gorzej niż w poprzedni weekend.




środa, 6 czerwca 2018

Wiślane leszcze

Wiślany lesz

Leszcz to ryba pełna sprzeczności. Z jednej strony sztuki do 40 cm poddają się praktycznie bez walki co nie przynosi im miana sportowych ryb. Z drugiej strony sztuki powyżej 50cm potrafią już dać popalić. Wystarczy, że taka łopata stanie w poprzek nurtu i sam nurt robi robotę. Z jednej strony ma ościste mięso ale z drugiej podobno bardzo smaczne. To sprawia, że przez jednych jest łowiony chętnie, a inni trochę nim pogardzają. Jednak każdy kto nauczy się łowić ładne leszcze na pewno im nie odpuści.
Przez wiele sezonów rzeczny leszcz, zwłaszcza ten duży był dla mnie tylko przyłowem. Jego przyzwyczajenia, trasy i menu długo pozostawały dla mnie tajemnicą. W poprzednim sezonie razem z bratem znaleźliśmy miejsce, które pozwoliło nam wiele zrozumieć. W tym sezonie zaczęło się już poważne łowienie. Padło wiele sztuk powyżej 55cm. Pokrótce chciałbym opisać jak łowię leszcze.





Miejsce,
Wybieram miejsce gdzie w pobliżu głębokiego dołka za zwolnienia nurtu z płytszymi partiami wody. Bardzo dobrym miejscem są napływy główek oraz woda tuż za nimi. Świetne są okna, czy klatki z przerwanymi fragmentami. Zwłaszcza wiosną są pełne leszczy. Leszcz po tarle na płytkich klatkach odpoczywa w głębszej wodzie ale w pobliżu wypłyceń, na które wychodzi na żer. Najważniejsze to znaleźć trasę, którą łopaty wychodzą na pastwisko. Te wskazówki dotyczą łowienia wiosną i wczesnym latem. W pełni lata i początkiem jesieni leszcz zmienia swoje stanowiska i przenosi się na otwartą wodę ale to już temat na inny wpis.




Pora łowienia
To w dużej mierze zależy od wody i pogody ale u mnie najlepszym okresem połowu leszczy jest czas po zachodzie słońca i wczesny ranek. I nie mam tu na myśli godziny 5 czy 6 a raczej 3. Oczywiście zdarza się, że biorą w innych godzinach ale nie są to już tak intensywne brania. Wczesne godziny brań kiedy słońce jeszcze nie wschodzi są powodem, że wielu wędkarzy nie może złowić leszcza nawet jeśli łowią w dobrym miejscu. Po prostu nad wodę przybywają zbyt późno.

Nęcenie
Bardzo istotne jest odpowiednie nęcenie. Bez nęcenia stado leszczy przepłynie przez nasze zestawy. Weźmie jeden czy dwa i po łowieniu. Jeśli odpowiednio zanęcimy leszcz zostanie na dłużej w łowisku i jest szansa na kilka ładnych sztuk. Do nęcenia używam zanęty MVDE Gold Pro Bream Classic w połączeniu 1:1 z River Ace, która równocześnie robi za klej. Do tego kukurydza z puszki. Duża ilość kukurydzy. Wszystko to zalewam atraktorem Robinson Corn







MVDE Gold-Pro Bream Classic

Przynęta
Tu nie ma wielkiej filozofii. Wystarczą zwykłe białe robaki po kilka na haku. Świetne są też kukurydza i kulki Carpex Mini Boilies Sweet Corn.



Carpex Mini Boilies

Sprzęt jakim łowię
Zestaw 1
Robinson Stinger Picker 300cm c/w 0-30g
Kołowrotek Robinson Dakota
Żyłka VDE- Robinson Team Pro Feeder  0,2
Koszyczek Robinson ECO 25g
Haczyk Robinson Titanium Kaizu 235 BN nr 8

Zestaw 2
Robinson Red Star Picker 300cm c/w up 35g
Kołowrotek FD Acustik Feeder
Żyłka VDE- Robinson Team Pro Feeder  0,2
Koszyczek Robinson ECO 25g
Haczyk Robinson Titanium Tango 130G nr 10

Do łowienia leszczy nie potrzeba wyszukanego sprzętu. Tam gdzie ja łowię najistotniejszy jest przypon. W spowolnieniach nurtu często zbierają się szczeżuje dlatego nie stosuje przyponów z żyłki, które potrafią się przetrzeć. Raczej stosuje plecionkę lub fluorocarbon.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Na starorzecza z popperem

Okoń na poppera
W swojej okolicy mam kilka łowisk, które już na początku czerwca potrafią zamienić się w podwodne łąki. Rosnąca roślinność jak i rozwijające się glony potrafią skutecznie zniechęcić do wędkowania. Rośliny nie tylko zaburzają lub całkowicie niwelują pracę przynęty, często tak mocno trzymają się dna, że wyrwanie z nich przynęty staje się niemożliwe i zostajemy bez kolejnego wabika.
Na początek przygody z woblerami powierzchniowymi wybrałem dwa modele Robinson Pop Star oraz StrikePro Gobi Popper. 
Gobi popper
Strike Pro popper
 6,5 centymetrowe woblery z grzechotkami o wadze około 9g. Już w pierwszych rzutach zadziwiło mnie jak wielki mają zasięg. W locie ładnie się układały, nie „fajtały” na boki i gładko leciały w upatrzone miejsce. Każdy kto łowił w pobliżu roślin czy innych przeszkód wie jak ważne jest precyzyjne podanie przynęty, a stabilne w locie poppery taką precyzję zapewniają. Co więcej zasięg okazał się bardzo istotny przy połowach boleni ze stojącej wody.
Robinson Pop Star
Robinson Pop Star

Pierwszy raz poppery zabrałem nad małe starorzecze porośnięte grążelem. Podniesiony stan wody sprawił, że liście trochę się rozeszły po powierzchni a powstałe między nimi przerwy były idealnym miejscem do prowadzenia i testowania poppera. Już po kilku rzutach nastąpiło pierwsze widowiskowe branie. Jakie emocje budzi szczupak prujący taflę wody pędzący w kierunku przynęty wiedzą tylko Ci, którzy tego doświadczyli. Niestety z nadmiaru emocji zaciąłem jeszcze przed uderzeniem w woblera. Od tej pory byłem bardziej opanowany w reakcjach. Mimo iż wyjścia szczupaków spod liści w kierunku przynęty były bardzo agresywne wytrzymywałem aż do momentu kiedy wobler znikał w ich paszczy. Już na pierwszej wyprawie z powierzchniowym woblerem udało się złowić kilka szczupaków. Ryby choć niewielkie to podnosiły adrenalinę powodując rozbryzgi na tafli wody.

Szczupak na poppera
Szczupak na poppera

Kolejne wyprawy to kolejne sztuki. Szczupaki były coraz większe, nie rzadko trafiały się powyżej wymiaru. Do szczupaków dołączyły okonie. Choć ich brania nie powodowały tyle hałasu to wynagradzały to swoim rozmiarem. Myślałem, że to jedyne gatunki, które mogę skusić popperem na stojącej wodzie. Szybko okazało się, że się myliłem. Na starorzeczu Bugu które wciąż połączone jest z korytem agresywnie żerowały bolenie. Nie skutkowały wahadła ani woblery typowo boleniowe. Zrezygnowany przypomniałem sobie o popperach, które były ostatnią deską ratunku i jak się okazało skuteczną. Srebrny popper Gobi poszarpywany skutecznie musiał imitować „trąconą” uklejkę. Tak złowiłem swoje pierwsze bolki ze stojącej wody.



Zarówno Gobi jak i Pop Star kuszą ryby rozbryzgami wody na powierzchni jak i powstającymi przy tym bąbelkami i dźwiękami grzechotek. Rozbryzgi na powierzchni to po części rola wędkarza, który przy połowie tymi przynętami ma bardzo duże pole do popisu. Nie jest to bezmyślne zwijanie korbą a energiczne ruchy szczytówką z różną częstotliwością i siłą a przy tym przystanki w prowadzeniu.
Jako, że łowię tylko z brzegu stosuję solidny sprzęt. Nawet przy połowie okoni nie stosuję cienkich żyłek a solidne plecionki powyżej 0,10. Przy łowieniu w pobliżu gęstej roślinności nie ma czasu na wymęczanie ryby. Trzeba pewnym holem szybko wyciągnąć ją na czystą wodę.

Każdemu kto nie próbował łowienia na poppery szczerze to polecam. Emocje gwarantowane.

środa, 29 listopada 2017

Chlebak Dromader

Na zawsze minęły czasy kiedy na wyprawę spinningową szedłem z jedną czy dwiema przynętami. Ryby robią się coraz bardziej wybredne, łowiska nie kipią od ilości drapieżników więc trzeba szukać nowych rozwiązań i wzorów, od których ryby nie mają jeszcze pokaleczonych pysków. W dodatku producenci tworzą coraz to „lepsze” i ładniej imitujące naturalny pokarm przynęty. Skoro budżet na to pozwala to pudełka zapełniają się nowymi nabytkami.
Torba wygodna i dopasowana

Doszło do tego, że nie mieszczę już swoich przynęt w pasie spinningowym czy kamizelce. Potrzebowałem czegoś bardziej pojemnego. Wielu wędkarzy nad wodą korzysta z toreb na ramię zwanych chlebakami. Popytałem kilku spotkanych o to jak im się używa tych toreb. Większość opinii było pozytywnych, właściciele ogólnie byli zadowoleni. W połowie lata sam stałem się szczęśliwym posiadaczem chlebaka Dromader. Nie bez znaczenia była pora roku. Już w zeszłym sezonie na jesieni brakowało mi miejsca na niektóre przedmioty. W raz ze spadkiem temperatury na łowisku pzydatne były rękawiczki, czapka czy coś ciepłego do picia. W pasie spinningowym ciężko to upchać a w torbie spokojnie się mieści.

Pojemność chlebaka

Jak można przeczytać na stronie producenta torba zrobiona jest z bardzo mocnej i niegniotącej się tkaniny z włókna poliestrowego. Ma to zapewnić bezpieczeństwo temu co do niej włożymy. Materiał ma chronić przed urazami fizycznymi a dzięki mniejszej nasiąkliwości również przed wilgocią. Dodatkowo ścianki torby wypełnione są miękką gąbką co również zabezpiecza przed uszkodzeniami. Spinningując na rzekach często trzeba przedzierać się przez krzaki i zarośla. Po trzech miesiącach intensywnego używania na torbie nie ma uszkodzeń ani śladów, które mogłyby zostawić gałęzie czy kolczaste rośliny.



Torba zamykana jest na dwa solidne zatrzaski. Początkowo obawiałem się, że to nie będzie wystarczające zabezpieczenie i coś może z torby się wysunąć. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, zatrzaski w zupełności wystarczą. A mają dodatkową zaletę. Łatwo je zapiąć i odpiąć jedną ręką co nie zawsze się udaje przy suwaku. Dzięki temu jest szybki i swobodny dostęp do zawartości.
Wewnątrz są dwie komory. Jedna jest większa w niej trzymam pudełka z przynętami  i większych gabarytów akcesoria. W drugiej mniejszej przegrodzie trzymana drobne akcesoria jak, przypony, główki, szczypce, miarkę i wiele innych. Od wewnętrznej strony jest kieszeń zamykana na zamek. W tej kieszeni noszę dokumenty, telefon czy kluczyki do samochodu.


Torba ma solidny pasek, którego długość można regulować. Jest to bardzo przydatna możliwość zwłaszcza jeśli ktoś zamierza brodzić w wodzie. Wtedy trzeba go skrócić aby nie zanurzyć torby w wodzie. Na pasku jest gumowy naramiennik dzięki czemu nie wżyna się w ciało i nawet dociążona torba nie powoduje dyskomfortu.



Przy dobrze wyregulowanym pasku zawartość jest łatwo dostępna a torba w ogóle nie przeszkadza w łowieniu. Podczas chodzenia przynęty w pudełku nie grzechoczą co zdarzało się w pasie wędkarskim i miałem wtedy wrażenie, że ryby już dawno wiedziały o tym, że nadciągam.
Jestem bardzo zadowolony z tej torby i jedyne czego żałuję to to, że dopiero od kilku miesięcy ją mam.


czwartek, 28 września 2017

Polsping - mors

Dzień zaczął się jak zwykle. Wczesnym rankiem wychodzę na schody przed mieszkaniem. Siadam na zimnym cemencie i zakładam schodzone mocno już trampki. Chłonę przy tym pierwsze promienie słońca i poranne śpiewy ptactwa. Sennym wzrokiem spoglądam przed siebie, na drogę wiodącą wzdłuż pobliskiego starorzecza... A to co? Sąsiad z wędką w ręku pędzi rowerem, polną dróżką, niczym rycerz z kopią. Trzeba to sprawdzić
Bez namysłu popędziłem za nim. Kiedy go dogoniłem rozkładał już sprzęt nad wodą. Spojrzałem na koniec zestawu. Coś mi nie pasowało. Do tej pory zaznajomiony byłem tylko z metodami spławikową i gruntową. A tu jakieś świecidełko na końcu zestawu. Pofalowana blacha. No i poleciała seria pytań a co to? A po co? A jak? Sąsiad cierpliwie tłumaczył jednocześnie demonstrując. Rzucasz i powoli ściągasz kołowrotkiem. Szczupak myśli, że to mała ryba i atakuje, Zacinasz i masz rybę. Uznałem to za żart. Przecież szczupaki nie jedzą metalu i się na to nie nabiorą. Po co miały by to atakować? – spytałem. Nie doczekałem odpowiedzi bo rozmowę przerwał głośny plusk. Pierwszy szczupak już zbliżał się do brzegu.



W tym momencie zapragnąłem zostać spinningistą. Podpytałem o zestaw. Dowiedziałem się, że wszystko można kupić na bazarku. Łącznie z przynętą z tym, że takiej jak on ma nie dostanę bo tą sam klepał z wieczek puszek po konserwach. Minęło kilka dni i byłem już szczęśliwym posiadaczem zestawu spinningowego z blachą firmy Polsping - Mors 2. Pobiegłem nad wodę wykonałem dziesiątki rzutów i nic. Kolejne dni również bez efektu. Zrezygnowałem ze spinningu.



Minęły 3 lata. Lata doświadczeń w spławiku i lata książkowej teorii na temat spinningu. Wygrzebałem z szafy swój zestaw spinningowy z lekko przyrdzewiałą blachą. Zabrałem nad wodę i znów wykonywałem dziesiątki rzutów. Na pierwszą zdobycz musiałem czekać kilka dni ale było warto. Szczupak i to od razu wymiarowy. Od tamtego czasu nie porzuciłem już spinningu ani mojej starej przynęty.
Dziś rynek przynęt spinningowych pęka w szwach. Mamy gumy, woblery, blachy, cykady, obrotówki i wiele innych. A wszystkie coraz bardziej przypominają żywą rybę.
Są zbiorniki gdzie drapieżniki są już „najedzone” gumami i na gumę ciężko skusić rybę. Wahadłówka co innego. Zapomniana już przez wędkarzy przynęta naszych dziadków nie znudziła się rybom i wciąż jest łowna.

Nadeszła wiosna.
Maj to dla wielu miesiąc szczupaka i bolenia. Dla mnie również. Zakładam wtedy na koniec linki moją sprawdzoną przynętę. Mors 2. Jest równie skuteczny na szczupaki co bolenie. Także zmieniając swój cel nie muszę zmieniać przynęty.
Oprócz tego, że umiejętnie prowadzona wahadłówka potrafi skutecznie sprowokować do brania różne drapieżniki ma inne zalety.
Trwałość. Nie tak jak guma, która potrafi zostać poszarpana po pierwszym ataku zębacza. Nie tak jak wobler który potrafi stracić ster czy zostać podziurawiony. Jest praktycznie niezniszczalna. Nawet po wielu latach w pudełku po wymianie kotwiczki nadal jest jak nowa. A niewielkie naloty rdzy nie wpływają negatywnie na brania.



Waga a co za tym idzie odległość na jaką można ją podać. Duża waga przy małej powierzchni sprawiają że możemy posłać ją na dziesiątki metrów co przy połowie boleni może mieć wielkie znaczenie.
Cena. Skuteczna przynęta za kilka zł. Czego chcieć więcej.
To nie wszystkie zalety wahadłówek. Dla mnie jedną z ważniejszych jest sposób w jakie atakują je bolenie. Kiedy upatrzę już jakąś żerującą rapę, w miejsce najczęstszych ataków, posyłam Morsa. Wahadłówka czasem robi tak zwaną „kaczkę” odbija się od tafli wody i spada metr czy dwa dalej. Jeśli boleń jest w pobliżu to mamy ciekawe widowisko. Zazwyczaj najpierw uderza w wahadłówkę kiedy ta pierwszy raz styka się z wodą. Jeśli nie się nie zapnie poprawia za chwilę kiedy wahadłówka znów dotyka wody. To są naprawdę widowiskowe brania, które ciężko zaobserwować łowiąc np woblerami.
Równie widowiskowa jest zabawa z Morsem 1 na przelewach. Wiosenne klenie również potrafią dostarczyć wielu emocji.


W późniejszych miesiącach Morsy wleczone przy dnie mogą obdarować nas ładnymi sandaczami czy sumami.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Pod prąd za boleniem



Wielu wędkarzy i poradników wędkarskich radzi aby na rzece łowić idąc z nurtem. Bardzo ułatwia to łowienie. Pływające przynęty możemy puszczać z nurtem rzeki na znaczne odległości. Ten zabieg pozwala nam sięgnąć ryby np małymi woblerkami zbyt lekkimi aby daleko nimi rzucić. Kolejnym atutem takiego łowienia jest praca przynęt. Po pierwsze w wartkim nurcie przynęty pracują nawet wtedy gdy nie zwijamy linki, po drugie prowadząc pod prąd praktycznie każda przynęta ma agresywną pracę.
Strike Pro i boleń

Stanąłem swego czasu nad płytkim przelewem. Biegnąca wzdłuż Wisły opaska w pewnym miejscu była przerwana a drapieżniki w tym miejscu raz po raz atakowały drobnicę. Rzucałem z nurtem, jak poradniki nakazywały, i ściągałem tak aby przynęta pracowała na całej szerokości przelewu. Po kilkudziesięciu rzutach zacząłem wątpić w sukces i zamierzałem udać się w inną miejscówkę. Woda na oknie za przelewem była płytka więc brodząc przedostałem się na drugi koniec przelewu. Kilka uderzeń drapieżników na drobnicę skusiło mnie aby rzucić na przelew jeszcze raz. Stałem już poniżej przelewu więc zmuszony byłem rzucać pod prąd. Już po kilku ruchach korbą nastąpiło pierwsze branie i po chwili lądowałem pierwszego niewielkiego bolenia. W drugim rzucie sytuacja się powtórzyła i kolejny identyczny bolek w moich rękach. Jeszcze kilka rzutów i trzecia rapa na haku. Sytuacja ta nakazała mi zweryfikować wszystkie dotychczasowe przekonania dotyczące łowienia w nurcie rzeki.

W górę opaski za boleniem
Bolenia łowię najczęściej na kamiennych opaskach chodząc w innym kierunku niż większość wędkarzy. Łowiąc w ten sposób musimy być przygotowani na kilka niedogodności, które w pełni zostaną wynagrodzone ilością brań.

Pierwszym problemem mogą okazać się celne rzuty.  Bolenie i klenie zazwyczaj czyhają na drobnicę nie dalej niż metr do półtora metra od opaski. Jedną z częściej powtarzanych teorii przy połowach boleni jest teoria dalekiego rzutu. Boleń płochliwa ryba musi być łowiony ze znacznej odległości. Są od tej reguły wyjątki ale jest to słuszna zasada. Schody zaczynają się gdy mamy rzucić daleko i na dodatek około metr od kamiennej opaski.

Co jeśli mamy problemy z celnymi rzutami? Jeśli rzucimy w kierunku środka rzeki to nic złego się nie dzieje. Gorzej w przypadku kiedy zawieje a przynęta raz po raz trafia w kamienie. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć co się dzieje z delikatnym woblerem rzucanym o kamienie. Przynęta zatem musi być mocna i odporna na uderzenia.

Ważna jest praca przynęty, która prowadzona z nurtem musi pracować. Na szczęście łowiąc bolenie możemy pozwolić sobie na dość szybkie zwijanie linki.

Bardzo istotne w takim łowieniu są buty. Może się to wydać śmieszne ale nie jest. Nie będzie śmiesznie kiedy ktoś powędruje dwa kilometry po kamieniach a buty nie wytrzymają ich ostrych krawędzi i częstego moczenia. Jednego razu odpruła mi się podeszwa, byłem dwa kilometry od najbliższej ścieżki do cywilizacji, zastała mnie noc a ja „na macanego” gołą stopą przeszedłem ten odcinek – nikomu nie polecam takich przygód. Dlatego na kamieniach mocne buty z grubą podeszwą to podstawa wyposażenia wędkarskiego.



Żeby jednak Was nie zniechęcać takie łowienie ma też plusy.
Każde nieuważne postawienie nogi może spowodować, że kamień czy gałąź lądują w wodzie. Wzburzają osad, który płynąc w dół rzeki ostrzega ryby wzbudzając w nich większą czujność.  Łowiąc pod prąd nie mamy z tym problemu, wszystko spływa w obłowione już fragmenty. Dodatkowo zaczepiona gałązka ciągnięta pod prąd od razu pali nam miejscówkę, gałąź płynąca z nurtem pod nasze nogi nie jest niczym nadzwyczajnym i nadal mamy szanse w takim miejscu na sukces.
Kolejnym plusem są widowiskowe ataki boleni. Blisko kamiennej opaski zazwyczaj jest płytko, boleń startujący z płycizny w kierunku naszej przynęty wystarczająco podnosi adrenalinę. Oprócz tego, że ataki są widowiskowe są bardzo częste a stanowiska żerujących boleni gęste. Zdarzało mi się, że wyciągałem  3 bolenie powyżej 50cm obławiając zaledwie 50m opaski.

Sprzęt jakim łowię:
Jak dotąd ulubionym kijem pod bolenia był Robinson Dynamic HS 270cm, 7-15g
Przeżył swoje i w tym roku udał się na generalny remont a zastąpił go Sashima Trout Spin 229cm 3-15g.
Do zestawu dopasowałem Robinson Dual MG 257
Przynętą, która od dwóch sezonów jest niezastąpiona w takim łowieniu jest Strike Pro Montero. Bardzo ładnie pracuje ciągnięty z prądem. Co bardzo istotne jest bardzo odporny na uderzenia. Na każdym wypadzie ląduje mnóstwo razy na kamieniach, które nie robią na nim wrażenia.
Jeśli ktoś nie próbował, gorąco polecam łowienie pod prąd.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Robinson Dakota 206

Przeglądając fora internetowe o tematyce wędkarskiej w oczy rzuca się ilość zapytań o tani a dobry sprzęt. Najlepiej w cenie do 100zł. Dużo osób zaczynających przygodę z wędkarstwem nie wydaje od razu na sprzęt miesięcznych zarobków. Na początek poszukują czegoś taniego, wydatku którego nie będzie im żal w przypadku kiedy wędkarstwo nie wciągnie ich całkowicie. Jedną z propozycji która często pojawia się w odpowiedziach jest kołowrotek Robinson Dakota. Postanowiłem sprawdzić na własnej skórze co jest wart ten niedrogi kołowrotek. Jego cena w zależności od sklepu waha się od 70-80zł.

 
Po tak niskiej cenie nie spodziewałem się fajerwerków. Jednak pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Kołowrotek dobrze spasowany. Nic nie odstaje, w obudowie nie ma szczelin czy luzów. Kolorystycznie też ładnie spasowany. Biel i czerń zawsze dobrze ze sobą się komponują. Dzięki temu oraz wzmocnionemu pogrubionemu kabłąkowi kołowrotek wygląda nowocześnie.
Nawój linki, w moim przypadku żyłki uważam za dobry. Nie jest to idealny nawój ale po tak tanim kołowrotku nie spodziewałem się niczego lepszego. Jestem wręcz zaskoczony ,że jest tak dobry.
Kołowrotek początkowo zgodnie z przeznaczeniem podczepiony był do kija spinningowego – Sashima Trout Spin w późniejszym czasie aby poddać go cięższym warunkom do lekkiej gruntówki Stinger Picker. Przy wędce spinningowej pracował pod niewielkimi wahadłówkami i gumami na główkach do 8g. Sprawdzany był na wodzie stojącej jak i na rzekach. Pod wędką spinningową pracował bez zarzutów. Bez szmerów, bez zacięć, cały mechanizm pracuje lekko i przyjemnie. Co istotne bardzo dobrze spisywał się przedni hamulec. Regulacja hamulca jak i oddawanie linki bez zacięć.
Do pickera założyłem ciężarek 30g. Pod samym obciążeniem ciężarka kołowrotek pracował równie dobrze jak pod spinningiem. Dopiero pod rybą czy holowanym zielskiem zaczynały byś słyszalne niewielkie szumy. Przypomnę iż łowiłem kołowrotkiem 206. Myślę, że pod 306 czy nową 406 nie było by problemu szumów pod większym ciężarem.
Reasumując za około 75 zł możemy dostać ładnie prezentujący się i dobry kołowrotek. Kołowrotek z 6 łożyskami, duraluminiową szpulą i grafitową szpulą zapasową. A na to wszystko producent daje 5 lat gwarancji. Moim zdaniem jest to bardzo dobry wybór dla początkujących wędkarzy. Dakocie nie będzie straszny spinning i spławik a i przy lekkim gruncie sobie poradzi.





Poniżej kilka danych od producenta:
Właściwości
•    6 łożysk
•    Łożysko oporowe
•    Komputerowo wyważony rotor
•    Duraluminiowa, dwukolorowa, anodyzowana szpula
•    Grafitowa szpula zapasowa
•    Wzmocniony, rurkowy kabłąk
•    Ergonomiczny, antypoślizgowy uchwyt korbki typu „soft rubber”
•    Precyzyjny multitarczowy hamulec
•    Możliwość przełożenia rączki lewo/prawo
Specyfikacje
Model/waga    Ilość łożysk    Pojemność szpuli    Przełożenie / nawój
FD 206 / 255g    5+1    0,20mm – 200m    5,2:1 / 60cm
FD 306 / 265g    5+1    0,25mm – 200m    5,2:1 / 63cm
FD 406 / 271g    5+1    0,30mm – 200m    5,2:1 / 65cm